Naucz się odpoczywać

kot

Wystraszony nagłym dźwiękiem budzika wyrywasz się ze snu o 6:00, ale wiadomo, że chcesz pospać “jeszcze 5 minutek” i na szczęście w końcu wstajesz o 6.15, już zdenerwowany, bo jest mniej czasu niż sobie zaplanowałeś i możesz się nie wyrobić. Potykając się o własne kapcie biegniesz do łazienki, szybka toaleta i śniadanie na stojąco (bo niezdrowo jest go nie jeść, a Ty starasz się wszystko optymalizować).

Wybiegasz z domu na trening, ubierasz kurtkę w locie, potem tramwajem o konkretnej godzinie (żeby tylko się nie spóźnić!) jedziesz do pracy, tam upychasz maksymalnie dużo zadań w jak najkrótszym czasie, bo wiadomo, że zawsze coś będzie jeszcze do zrobienia. Wracasz późno do domu, tutaj znowu starasz się zrobić jak najwięcej, więc kładziesz się spać późno i myślisz sobie “cholera, znowu za mało snu”. I tak w kółko.

Znacie ten scenariusz? Pewnie nie wszyscy, ale wielu z nas żyje właśnie w takim kołowrotku. To typowy dzień nie tylko ludzi w dużych miastach. Na pierwszy rzut oka taka idea optymalizowania wszystkiego i wykorzystywania czasu maksymalnie, na 100%, żeby jak najwięcej z niego wycisnąć, wygląda kusząco, nęci korzyściami finansowymi i tym, że tyyyyle można przeżyć. Ale zaraz… czy nie zaczęła zjadać własnego ogona (jeśli idea mogłaby zjadać)?

Dlaczego ciągle musimy coś robić?

Pewnie problem, o którym tu piszemy, nie dotyczy nas wszystkich. Niektórzy są na przeciwnym biegunie wiecznego zabiegania – trudno jest im wstać z łóżka, a wykonanie jakiegokolwiek działania graniczy z cudem. Dzisiaj nie o nich, bo to odmienny, szeroki temat. Dzisiaj o maksymalistach w wykorzystywaniu czasu.

Skąd to właściwie się bierze? Sprawa jest złożona i nie ma jednej przyczyny takiego ciągłego gonienia.

Najbardziej oczywista to szukanie winy w czasach, w których żyjemy – tego się od nas zwyczajnie oczekuje, to jest opłacalne (dosłownie) i wymagane przez wielu szefów. A tak w ogóle zastanawialiście się kiedyś, czy to mit czy prawda? Wiele osób to powtarza, ale nie było tak przypadkiem w każdych czasach? Czy maksimum nie wymagano zawsze? Swoją drogą, oczywiście sytuacja życiowa wielu osób zwyczajnie nie pozwala na luksus zwolnienia tempa (ale może to tylko błędne przekonanie i zawsze warto znaleźć czas na tak ważną rzecz jak relaks).

Tylko niestety niektórzy z nas są non stop w biegu z własnego, często nie do końca świadomego wyboru.

Część nauczyła się od swoich rodziców, że tak trzeba – ma zapisany w genach kult pracy. Praca jest ważna, określa to, jakim człowiekiem jestem, a wiadomo, że im więcej pracuję i im bardziej ściorany po pracy jestem, tym jestem lepszym obywatelem, mężem, ojcem, synem czy po prostu osobą. Trzeba ciężko pracować i kropka. Nie ma innej opcji.

Są też tacy, którzy zwyczajnie dali się wkręcić w zbanalizowany już wyścig szczurów. Jak nie będę biec tak szybko, by nie mieć czasu załadować taczek, to inni mnie prześcigną – nie dostanę się na wymarzone studia, na tę specjalizację, na to stanowisko. A wiadomo, że to jedyny słuszny pomysł na życie. Te osoby scenariusze na życie postrzegają zero-jedynkowo – albo będę na szczycie albo będę przegrany. Nie ma nic pośrodku.

Jeszcze inni budują w ten sposób swoją samoocenę i to pewnie nie do końca świadomie. Np. z różnych powodów uważam, ale tak głęboko w środku, że jestem gorszy, mniej inteligentny, nudny, nie do pokochania itd. Ale nie dam tego nigdy po sobie poznać. Ba, nawet więcej! Zrobię tak, żeby nikt inny się tego nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie domyślił i żebym sam o tym zapomniał.

Od dziecka działam więc jak rasowy perfekcjonista – przepisuję zeszyty, kreski ułamkowe stawiam od linijki, zdaję maturę z pięciu rozszerzonych przedmiotów. Wybieram tylko najtrudniejsze, najambitniejsze kursy i zawsze mam stypendium. Nie pozwalam sobie zejść poniżej wyśrubowanego standardu. I bronię tych swoich osiągnięć niczym lwica kociąt, bo tylko dzięki nim wiem, że jestem okej. Przy okazji to też niezły sposób, aby zagłuszyć bolesne myśli o nas samych, które dopadają nas, gdy nie jesteśmy bezustannie zajęci.

Są też osoby, które chcą komuś coś udowodnić. Krytycznym i poniżającym rodzicom, temu grubemu ze szkolnej ławki, który ciągle nas przezywał, starszej siostrze, która powiedziała, że z nas to nic nie będzie lub osobom z miasteczka, które śmiały się, kiedy pakowaliśmy się na studia. To taka motywacja na zasadzie “jeszcze wam pokażę”. Wtedy prestiż, osiągnięcia i pieniądze stają się wyrazem zemsty i sposobem na odgryzienie się.

Zdarzają się też ludzie, którzy chcą maksymalnie dużo zarobić do trzydziestki, żeby potem móc całe swoje dalsze życie odpoczywać. Poza tym, że pomysł sam w sobie wydaje się mało realny (co nie znaczy, że awykonalny), to wyobraźcie sobie, ile szczęścia/geniuszu/wysiłku wymaga. Naprawdę rzadko trafia się idealna konfiguracja tych trzech czynników.

Założę się, że tych przyczyn jest jeszcze co najmniej tyle, co straconych okazji Leonarda di Caprio na Oscara. Zastanówcie się, która z nich napędza Was.

Jakie są skutki braku odpoczynku w życiu?

Dlaczego w ogóle czepiam się tej nadmiernej pracowitości? Powód jest prosty: nie pozwala na odpoczynek w życiu. I nawet jeśli jesteście z tych, którzy twierdzą, że wyśpią się po śmierci, to uwaga: odpoczynek jest bardzo, bardzo, bardzo ważny. Ważniejszy niż Piętaszek dla Robinsona Crusoe.

Naprawdę są osoby, które odpoczywają tylko wtedy, kiedy śpią (czyli krótko i sporadycznie). A to zdecydowanie za mało. A oto, co się może stać, kiedy brakuje nam odpoczynku:

  1. Twój organizm może tego nie wytrzymać – skumulowany, chroniczny stres może być powodem rozmaitych problemów ze zdrowiem fizycznym – od pokrzywek na skórze, nieskutecznych diet czy treningów, poprzez zaburzenia hormonalne, aż do tak poważnym dolegliwości jak choroby autoimmunologiczne (stres jest zabójczy dla naszego układu odpornościowego), problemów z zajściem w ciążę czy chorób układu sercowo-naczyniowego (czytaj udar, zawał, wylew);
  2. Twoja psychika może tego nie wytrzymać – perfekcjonizm, przewlekły stres i brak odpoczynku są jednymi z największych czynników ryzyka różnego rodzaju zaburzeń psychicznych takich jak depresja czy uzależnienia, ale mogą prowadzić do wypalenia zawodowego (a to dopiero dramat, kiedy stawiamy wszystko na jedną kartę, która okazuje się niczego nie rozwiązywać, a powiększać frustrację);
  3. Twoje relacje mogą tego nie wytrzymać – jednym z podstawowych, niezastąpionych składników tworzenia dobrych, stabilnych relacji jest wspólnie spędzony czas, a kiedy w kółko pracujemy, zwyczajnie nie da się tego zrobić. O ile w ogóle mamy jeszcze jakichkolwiek znajomych albo zdążyliśmy ich kiedykolwiek zdobyć, zanim wystartowaliśmy w naszych osobistych wyścigach po sukces;
  4. Praca wcale nie jest w życiu najważniejsza – nawet jeśli teraz to stwierdzenie wydaje Ci się absurdalne i dałbyś sobie uciąć głowę wraz z wszystkimi kończynami, że właśnie jest (chociaż bez nich ciężko pracować). Można się o tym przekonać czytając liczne wywiady z osobami w krytycznym stanie, np. w książce “Czego najbardziej żałują umierający” B. Ware;
  5. Możesz nie mieć czasu załadować taczek – o tym już wspomniałam wyżej, ale kiedy nie odpoczywamy, nie mamy czasu na przemyślenia i refleksję nad tym, co robimy i co dzieje się w naszym życiu, nie mamy szans, żeby spojrzeć na nie z lotu ptaka i ocenić, czy wszystko toczy się tak jak tego chcemy. Zamiast tego bezmyślnie realizujemy często bezsensowne zadania, a ich wykonywanie staje się celem samym w sobie;
  6. Możesz żałować, że nie doświadczyłeś innych rzeczy w życiu – a na niektóre z nich może być już serio za późno.

To tylko wybrane, te poważniejsze skutki braku odpoczynku w życiu. To co, czujecie się zachęceni?

Dlaczego warto odpoczywać i jak nauczyć się to robić?

Jeśli przeczytaliście powyższy akapit, odpowiedź na nagłówek tego jest pewnie dla Was oczywista. Przypuszczam jednak, że wśród Was może być ktoś, kto nadal myśli: “Na co mi to bezczynne siedzenie?”. Wtedy przeczytajcie jeszcze raz poprzednią część i solidnie pomyślcie.

Po pierwsze, trzeba uświadomić sobie potrzebę odpoczywania. Nawet jeżeli nie czujesz jej za bardzo, to wierz mi – ona gdzieś tam jest, zepchnięta na margines i pragnąca, żeby dopuścić ją do głosu. Może jest notorycznie zagłuszana, może interpretowana jako oznaka słabości lub uważana za nieważną. Na początku trzeba przyznać, że tak, Ty też ją masz, choćbyś był przekonany o własnej niezniszczalności i sile.

Po drugie, podejdź do odpoczywania jak do nauki. Zwłaszcza, jeśli masz z nim duży problem. Wyobraź sobie, że uczysz się nowego obcego języka, dajmy na to koreańskiego, lub jakiejkolwiek umiejętności, na przykład jazdy na deskorolce. Czy będziesz w tym czymś świetny na pierwszej lekcji, za pierwszym razem, pierwszego dnia? No właśnie. Zatem nie oczekuj od siebie zbyt wiele. Tak, wiem, że lubisz wszystko robić od razu świetnie. Ale w tym tkwi Twój problem. Nie staraj się idealnie, perfekcyjnie wyluzować. Niech sam proces uczenia się odpuszczania będzie okazją do zwolnienia. Naprawdę nie musisz od początku być Einsteinem relaksu. Uwierz (a najlepiej przekonaj się na własnej skórze!), że absolutnie nic się nie stanie, gdy nie będziesz od początku u celu długiej drogi. Bo…

…po trzecie, daj sobie duuużo, ale tak na serio, bardzo dużo czasu. Cały ocean czasu. Uczenie się odpoczywania, kiedy całe życie ma się z tym problem, to bardzo długi i powolny proces, który zajmie Ci najprawdopodobniej mnóstwo czasu – raczej lat niż miesięcy. Pomyśl tylko jak długo uczyłeś się “nieodpoczywania”, a będzie dla Ciebie jasne niczym oczy psa husky (o takiego jak poniżej, błękitnookiego) jak długo musisz się tego oduczać i kształtować nowe nawyki.

huskyfot. Pixabay.com

Po czwarte, pamiętaj o metodzie małych kroków. Tylko ona może Cię tutaj uratować. Zacznij od dania sobie wolnego dosłownie na 5 minut – wypij kawę, popatrz przez okno, pozawieszaj się. A jeśli 5 minut wydaje Ci się nierealne, to od minuty albo nawet krótszego czasu. Twoim celem na początek naprawdę nie jest dwutygodniowy urlop na Gran Canaria bez sprawdzania firmowego maila. I bardzo, ale to bardzo małymi krokami (jeszcze mniejszymi niż teraz myślisz), wydłużaj ten czas stawiając przed sobą kolejne odpoczynkowe wyzwania. Możesz też umówić się ze sobą na godzinę tylko dla siebie w tygodniu i traktować ją jak super ważne spotkanie nie do przełożenia. Postaraj się zrobić wtedy coś, co lubisz (i co nie jest przy okazji pracą).

Po piąte, przygotuj się na przeszkody. Twój umysł będzie krzyczał, że to wszystko bez sensu, że to strata czasu, że nie możesz sobie akurat teraz na to pozwolić, bo to głupota i lenistwo. Powtarzaj sobie wtedy, dlaczego chcesz nad tym pracować i staraj się ignorować te stare, znajome myśli. Właśnie dlatego przyzwyczajasz się powoli do niedziałania, żeby te niezdrowe przekonania słabły. Możesz nawet wtajemniczyć w swój “projekt” kogoś zaufanego i poprosić go o wspieranie i sprawdzanie Twoich postępów.

Po szóste, każdy z nas jest inny. Różnimy się temperamentem, zainteresowaniami, preferencjami spędzania wolnego czasu. Jedni z nas potrzebują odpoczynku aktywnego – biegania, szalonej imprezy, chodzenia po górach, a inni biernego – oglądania seriali, dużej dawki snu, słuchania muzyki, patrzenia na kota. Oba te rodzaje są okej, pamiętaj tylko, żeby nie robić nic zupełnie sprzecznego ze sobą.

A tutaj jako ciekawostkę wrzucam ciekawy filmik z TEDa o tym, dlaczego stan niedospania nie jest zbyt korzystny.

 

Co mogę stwierdzić na koniec? Jeśli jesteś w grupie ryzyka braku relaksu w życiu, po prostu spróbuj. Potraktuj go na początek jako eksperyment, bądź cierpliwy, a efekty może Cię zaskoczą.

I nie budź zbyt wcześnie tych, którzy chcą dłużej spać, być może to właśnie ich ukochany odpoczynek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top